Regularnie co kilka lat w życiu tych demokratycznych kaganków oświaty, statuty klubów - a w niektórych przypadkach prokuratorzy* - domagają się wyborów. Wtedy też członkowie niechętnie głosują na jednego z kilku ubranych w garnitury prawników w średnim wieku serwujących im szwedzki stół obietnic, które złamią w przyszłości.
W niektórych przypadkach może to wyjść klubowi na dobre. ‘Socios’ Athletic Bilbao wybrali Fernando Garcíę Macau, ubranego w garnitur prawnika w średnim wieku, który zdaje się mieć na sercu chwalebne tradycje drużyny, jednocześnie próbując przetrwać w bezlitosnym świecie nowoczesnego futbolu.
W innych przypadkach jednak, może doprowadzić to do wstydu i zażenowania, tak jak miało to miejsce chociażby podczas bardzo zajmujących wyborów na prezydenta Madrytu dwa lata temu. W programie mieliśmy m.in. interwencję prokuratorów, wizyty policji na Bernabeu, ukryte kamery w stylu 'Superwizjera' filmujące fałszowanie głosów, a także serię aresztowań.
Zwycięzcą, w 10-cioprocentowym rozumieniu tego słowa, został 'blog superstar' Ramón Calderón, ubrany w garnitur prawnik w srednim wieku, który akurat przypadkowo miał te 40 milionów euro wymaganego depozytu - cóż za pięknie demokratyczna i egalitarna tradycja - oraz swoją własną firmę prawniczą, która pomogła mu ukończyć bieg po stołek na pierwszym miejscu.
Oprócz tronu inkrustowanego szlachetnymi kamieniami, Calderón dostał w swoje ręce nie tylko joystick jednego z największych klubów piłkarskich, ale też szansę na wypromowanie się podczas czteroletniego pontyfikatu.
Ciężko przeżyć tydzień bez prezydenta Realu Madryt wyprawiającego się do którejś z luksusowych lokalizacji w celu promowania interesów klubu, lub też - jak mówią niektórzy co bardziej cyniczni, a La Liga Loca z pewnością się do nich nie zalicza - promowania interesów Ramona Calderóna.
W ten weekend, madrycki magnat wygłosił mowę na konferencji w Londynie zorganizowanej przez 'The Economist', następnie powrócił do Madrytu aby pozrzędzić na temat sędziowskiego spisku. W poniedziałek Calderón był w Izraelu na dziesiątym corocznym spotkaniu organizacji 'Szymon Peres dla Pokoju'.
Globtroter Ramón wróci do kampanii w 2010 r., ale musi przedtem udowodnić, że wytrzyma kolejne cztery lata lunchów w Londynie i tapas w Tel Avivie.
Podczas gdy 'Sport' upiera się, że Florentino Perez powraca do sportowego biznesu - nie mając na to chociażby skrawka dowodu - jeden człowiek wzniósł rękę w powietrze żeby stwierdzić: "Tak, jestem łamiącym obietnice, samolubnym, żądnym władzy gburem z szemraną przeszłością biznesową mającym desperacką potrzebę bycia słuchanym przez miliony" - wszystkie potrzebne wymagania, aby zostać tuzem na Bernabeu.
Co bardziej bystrzy czytelnicy zapamiętali nazwisko Juana Villalongi w kontekście Valencii. Latem był on prezydentem/prezesem klubu - jego stanowiska nie określono dokładnie - przez 16 dni zanim nie został wylany przez Juana Solera po tym, jak określił klub jako spłukany i na krawędzi upadku.
“Stworzył w mediach klimat oszczerstw, fałszywych obietnic i demagogii”, stwierdza oficjalny komunikat klubu, niemalże z podziwem.
Za odprawę szacowaną na 10 milionów euro, którą otrzymał za ciężkie dwa i pół tygodnia pracy, Villalonga miał planować zwolnienie Unai Emery'ego i zatrudnienie Luisa Aragonésa.
W kolejnych wywiadach, Villalonga twierdził także, że to on zablokował sprzedaż Silvy do Realu Madryt, a także pomógł w negocjacjach zakończonych oddaniem Robinho do Manchesteru City.
Zadeklarował też, że będzie się bacznie przyglądał klubowi z Valencii, domniemywa się także jakoby miał planować powrót do klubu z ofertą kupna opiewającą na 75,7 mln euro.
“Nigdy nie porzucę moich starań i zawsze będę dążył do uzyskania pozycji, którą przewidziała dla mnie historia”, powiedział były szef Telefoniki, brzmiąc oczywiście całkiem normalnie.
Po tym, jak szybko znudził się tą szczególną obietnicą, Villalonga przeżył krótki romans z Getafe ale ostatniego tygodnia oświadczył w radio, że posadą której naprawdę, naprawdę, naprawdę pragnie to prezydencja w Realu Madryt.
Villalonga odpowiedział na celną uwagę, dlaczego ktoś marzący o byciu prezydentem Valencii chciałby podbić Zamek Szarej Czaszki: "Real Madryt jest pierwszym zespołem w moim sercu, moim drugim jest Valencia," upierał się socio nr 15940 i ktoś, kto wg El Pais próbował kupić Liverpool w 2006 r.
A co jeśli chodzi o jego styl przywództwa? “Modelem do naśladowania jest Florentino Perez”, powiedział Villalonga zachowując kamienną twarz. “On jest punktem odniesienia”.
Od strony ekonomicznej Villalonga obiecał podwoić dochody klubu i zarządzać nim tak, jak międzynarodowym koncernem. Być może w ten sam sposób jak Telefoniką, firmą z której odszedł po oskarżeniach o 'insider trading'.
Villalonga stwierdził również, że wystarczy mu 10 minut, aby przekonać Zidane'a do pokierowania szkółką juniorów Realu, a ponadto, że “Messi, Cristiano Ronaldo i Kaká to gracze, którzy powinni od zawsze grać dla Realu Madryt”.
Teoretycznie spełnia on więc wszystkie wymagania wyszczególnione powyżej - narcyz z pragnieniem bycia w centrum uwagi (Liverpool, Valencia, Getafe), kompletnym brakiem zrozumienia futbolu (uwielbienie Florentino Pereza, nieumiejętność pogodzenia się z faktem, że nikt już nie chce grać dla Realu), ciemne interesy w przeszłości, a także spora wprawa w niedotrzymywaniu obietnic.
Pytanie do fanów Realu - może jednak ten Calderón nie jest wcale taki zły..?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz